
Gdy jako były Książę Mazowiecki piszę dziś o wolności przekonań i niezbywalnym prawie do szlachectwa wynikającym z urodzenia, czynię to nie zza bezpiecznych murów, lecz walcząc i krwawiąc pod murami stolicy. Tym bardziej więc dziwi, że dawne, słuszne idee spotykają się z próbą ich uproszczenia, a nawet wypaczenia – jakoby wolność była równoznaczna z egoizmem, a brak fizycznej obecności w Warszawie oznaczał zdradę Ojczyzny.
Mazowiecka szlachta rzeczywiście od zarania ceni wolność, równość i braterstwo. Wolność nie polega na tym, że wszyscy myślą tak samo, a braterstwo nie oznacza, że każdy musi wypełniać swój obowiązek w identyczny sposób, w tym samym miejscu i czasie.
Autorzy oskarżeń wobec „znikającej szlachty” zdają się zapominać, że Mazowsze nie jest ani zakonem rycerskim, ani obozem najemników, lecz wspólnotą polityczną. Wspólnotą, w której szlachectwo nie zostało nadane warunkowo – „do zachowania pod warunkiem stawienia się na wezwanie” – lecz jest stanem prawnym i społecznym, wynikającym z urodzenia lub prawnej nobilitacji. Próba uzależniania godności szlacheckiej od bieżącej oceny postawy wojennej jest niebezpiecznym precedensem, który uderza w same fundamenty porządku stanowego.
Nie sposób odmówić racji tym, którzy mówią o odpowiedzialności wobec Ojczyzny. Ale odpowiedzialność nie jest pojęciem jednowymiarowym. Nie każdy służy Mazowszu z mieczem w dłoni. Są tacy, którzy – wbrew emocjom chwili – nie chcą firmować decyzji Rady, z którymi się głęboko nie zgadzają. Czy to tchórzostwo, czy może właśnie korzystanie z wolności przekonań, którą Mazowsze tak chętnie stawiało za wzór innym? A zaznaczam, że piszę te słowa jako Radny Księstwa Mazowieckiego.
Szczególnie niepokojące jest zestawianie postawy mazowieckiej szlachty z obowiązkiem auxilium w Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego. Mazowsze nie jest Cesarstwem, a jego ustrój opiera się na innych zasadach. Brak formalnego obowiązku pospolitego ruszenia nie jest przeoczeniem ani słabością, lecz świadomym wyborem politycznym, mającym chronić wolność stanu szlacheckiego przed arbitralnym przymusem. Wzywanie dziś do jego wprowadzenia pod presją wojny brzmi jak próba zmiany ustroju w czasie oblężenia – a to zawsze budzi uzasadnioną nieufność.
Nie można też uczciwie przemilczeć faktu, że część obecnych napięć wynika nie z samej wojny, lecz z decyzji politycznych podjętych wcześniej. Podziały rodowe, nobilitacje, rozszerzanie kompetencji nowej Księżnej – wszystko to działo się w atmosferze sporów i kontrowersji, a niektóre z decyzji były przepychane jednym (nota bene!) głosem przewagi. Oczekiwanie, że wszyscy, bez wyjątku, nagle porzucą swoje zastrzeżenia i w imię jedności staną ramię w ramię, jest bardziej pobożnym życzeniem niż realną oceną sytuacji.
Braterstwo nie polega na publicznym piętnowaniu tych, którzy wybrali inną drogę służby lub wstrzemięźliwości. Historia uczy, że państwa upadają nie wtedy, gdy dopuszczają różnorodność postaw, lecz wtedy, gdy zaczynają traktować niejednomyślność jak zdradę. Jeśli dziś uznamy, że szlachcic jest „mniej Mazowszaninem”, bo nie stoi na murach Warszawy, jutro ktoś uzna, że jest nim tylko ten, kto myśli zgodnie z aktualną linią Rady.
Mazowsze krwawi – to prawda. Ale nie mniej groźne od obcych wojsk są wewnętrzne oskarżenia, które podkopują zaufanie i rozrywają wspólnotę. Wolność bez odpowiedzialności jest pustym hasłem, lecz odpowiedzialność bez wolności szybko staje się przymusem. A przymus, nawet w imię najszlachetniejszych celów, nigdy nie był trwałym fundamentem Mazowsza. Nie ma zgody na to, by demokracja szlachecka stała się szlachecką dyktaturą, a wśród braci szlacheckiej było miejsce tylko dla osób we wszystkim przytakujących aktualnie panującemu zwierzchnikowi czy wprost dla jawnych klakierów.
Niech będzie jednak jasno powiedziane: dawny Książę Mazowiecki nie nawołuje do rozłamu ani do bierności. Przeciwnie – gdyby mógł, walczyłby ramię w ramię ze wszystkimi córami i synami Mazowsza, bez względu na rodowe animozje, polityczne spory czy dawne krzywdy. Jedność wspólnoty była i pozostaje wartością nadrzędną, lecz jedność ta nie może być wymuszana groźbą odebrania godności ani budowana na strachu przed publicznym potępieniem. Prawdziwe braterstwo rodzi się z wolnej decyzji, a nie z przymusu – i tylko taka jedność ma szansę przetrwać próbę wojny.
Cenię tych, z którymi walczę ramię w ramię, i nie potrzebuję zgadzać się z nimi we wszystkim, by szanować ich odwagę i poświęcenie. Wspólna obrona Mazowsza nie wymaga jednomyślności ani bezkrytycznego posłuszeństwa. Można stać na tych samych murach i różnić się w ocenie drogi, którą Księstwo powinno pójść dalej — i nie jest to zdrada, lecz oznaka dojrzałej wspólnoty.
Piszę te słowa pośród ciemnej nocy, która być może przyniesie starcie, w którym zginą moje dzieci, wnuki, prawnuki, przyjaciele, a może ja sam. I Żmij mi świadkiem, że mam do tego moralne prawo nawet pośród wichrów wojny - by Mazowsze miało szansę po wojnie nadal nim być. Jeśli Księstwo ma przetrwać tę próbę, musi obronić nie tylko mury stolicy, lecz także zasady, które odróżniają je od tych, z którymi dziś walczy. Wolność przekonań i niezbywalność szlachectwa nie są luksusem czasu pokoju – są miarą tego, czy w tej wojnie jest jeszcze czego bronić.
Dla KAP - Zmejslav Częstogojski herbu Czarny Wąż
***
Artykuł zatwierdzony przez Gaguhę Leijon, redaktora naczelnego KAP
Chcesz otrzymać prawo do odpowiedzi RP? Przejdź do:
http://forum.renaissancekingdoms.com/viewtopic.php?t=2435674
Naruszenie Karty KAP możesz zgłosić do Kolegium Redaktorów Naczelnych, tu:
http://forum.renaissancekingdoms.com/viewtopic.php?t=2434333